24 listopada 2021

WWF Polska: Dlaczego kolejna książka z Pana serii „To, o czym dorośli Ci nie mówią” jest właśnie o śmieciach?

Pan Boguś Janiszewski: Bo to jeden z najpilniejszych aktualnych tematów, a staramy się podejmować w książkach naszej serii tematy ważne tu i teraz. O śmieciach dużo się mówi i słusznie, bo stanowią one coraz większe zagrożenie dla nas, ludzi, dla naszej egzystencji. I to już nie są żarty. Jednocześnie to właśnie dzieci będą ponosić w przyszłości najpoważniejsze skutki niefrasobliwości i zaniechań nas, dorosłych.
Przygotowując się do pisania tej książki, sięgałem po wiele fachowych pozycji. Ich lektura przyprawiła mnie o niepokój. Wygląda na to, że stworzyliśmy sobie potężny problem i teraz nie za bardzo potrafimy go rozwiązać. Dlatego moje główne nadzieje lokuję w młodszym pokoleniu - w dzieciach. Jednocześnie mam wrażenie, że edukacja w tym obszarze wciąż zawodzi. Treści dotyczące ekologii są rozproszone po innych przedmiotach, trochę prezentowane przy okazji, obok. Tymczasem tu chodzi o to, aby dzieciom zrobiło się „zielono” w głowach. Aby budować od podstaw przekonania, nawyki, świat wartości. Na nas dorosłych jest już w pewnym sensie za późno.

WWF Polska: Dlaczego tak dużo śmiecimy? Czy my, Polacy, śmiecimy więcej niż inni? Dlaczego ten problem jest ważny w Polsce?

co nam robi plastik?B.J.: Bo jesteśmy skrajnie krótkowzroczni. Kierujemy się doraźną korzyścią, wygodą. W mniejszym stopniu potrafimy patrzeć dalekosiężnie. Mamy tutaj do czynienia z czymś, co ekonomiści określają mianem „tragedii wspólnego pastwiska”. Ponieważ środowisko jest wspólne, to problem mnie bezpośrednio nie dotyczy. Bo przecież ten jeden plastikowy kubek czy słomka nie wywrócą świata do góry nogami. Albo jeden niedopałek rzucony na ulicę. Tyle że takich niedopałków w skali globalnej produkujemy rocznie sześć bilionów.
Z naszej egoistycznej perspektywy problem zaczyna się wtedy, gdy zaczynamy tonąć w śmieciach albo dusić się od smogu. Albo ktoś nam wrzucił pustą butelkę za płot. Niestety, jesteśmy poniekąd skazani na to, aby uczyć się własnych na błędach, a i tak kiepsko nam to wychodzi.
Statystyki pokazują, że my, Polacy, jesteśmy w średniej śmiecenia w Europie. Tylko nie wiem, jak te dane dobrze zinterpretować. Każdy polski konsument produkuje w warunkach domowych około kilograma śmieci dziennie. Są kraje w Europie, gdzie produkowane są nawet dwa kilogramy. Jednak pytanie brzmi, co z tymi śmieciami dalej się dzieje? Gdzie one trafiają i jak są przerabiane? Na dziś osiągnęliśmy w Polsce sukces, który polega na tym, że w naszym otoczeniu jest w miarę czysto. Śmieci zeszły nam z oczu. Nie walają się po parkach, ulicach, nie pałętają pod nogami. Nasze polskie plaże są zadziwiająco cudownie czyste. Ale to dopiero początek drogi. Bo dziś głównym sposobem na poradzenie sobie ze śmieciami w sposób zorganizowany i przemysłowy nie jest recykling, tylko składowanie i spalanie. I tu szacunki badaczy tematu są bezwzględne. Przykładowo z całego plastiku, jaki my, konsumenci, z całą starannością segregujemy, do ponownego przetworzenia trafia dziesięć, może piętnaście procent. Więc na dziś mogę powiedzieć, że w Polsce i w Europie stworzyliśmy profesjonalny system zamiatania śmieci pod dywan. Podkreślam, to i tak duży sukces, patrząc na problem globalnie.
Stosunkowo łatwo jest zbudować profesjonalną spalarnię, wrzucić tam wszystkie śmieci i je spalić. Ale spalanie to po pierwsze CO2, po drugie wciąż ryzyko, że nawet najlepsze filtry nie wychwycą wszystkich toksyn, które w tym procesie powstają. Niektórych z nich pewnie jeszcze po prostu nie znamy. Łatwo jest też zbudować profesjonalne składowisko odpadów i tam zwozić śmieci. A gdy się wypełni, zbudować nowe. Jednak to też jest rozwiązanie doraźne. Wrzucamy niedojedzone kanapki ze szkoły za łóżko w przekonaniu, że mama nigdy się nie dowie.

WWF Polska: Jak Pan ocenia świadomość ludzi na temat problemu, jakim jest nadmiar śmieci na naszej planecie.

B.J.: Brutalnie rzecz ujmując, mam wrażenie że jesteśmy oszukiwani. Albo przynajmniej niedoinformowani. Degradacja środowiska naturalnego poprzez śmieci, toksyczne wyziewy, wylesianie, zakwaszanie oceanów, mikroplastik i nanoplastik, który lata w powietrzu, jest w jedzeniu i wodzie, którą pijemy - to nie są jakieś abstrakcyjne problemy. To globalne wyzwania na tu i teraz, wymagające zdecydowanie więcej uwagi, sił i środków. My naprawdę umieramy od zanieczyszczonego powietrza, którym oddychamy.
Jeśli ktoś postanawia rozpalić w swoim domowym piecu płytami wiórowymi albo plastikiem, emituje do środowiska dziesiątki skrajnie toksycznych substancji. Co więcej, to on sam jest najbardziej narażony na ich oddziaływanie. Dla przykładu, rakotwórcze dioksyny, które powstają w takim spalaniu, przenikają z paleniska do pomieszczeń, a wyemitowane z dymem opadają w najbliższej okolicy. Wnikają do gleby, a z niej do roślin. Na przykład pomidorów z przydomowego ogródka. Tych zdrowych, niepędzonych, którymi karmi się potem dzieci czy wnuki. Mam wrażenie, że nasza społeczna wiedza o tych zjawiskach, ale także mechanizmy reagowania, jest wciąż niedostateczna. O wiele więcej wiemy o skutkach zjedzenia muchomora sromotnikowego, od którego umiera w Polsce kilka, kilkanaście osób rocznie, niż o skutkach wdychania smogu, czego ofiary trzeba liczyć w dziesiątkach tysięcy.

WWF Polska: Czy dzieci są bardziej wrażliwe na ten problem?

B.J.: Dzieci są ciekawe świata i posiadają jakiś dar naturalnej wrażliwości i empatii. Kiedy je obserwuję, mam wrażenie, że naprawdę dotyka je na przykład los cierpiących zwierząt morskich. Tym bardziej uważam, że mądrze poprowadzona edukacja ekologiczna, zwłaszcza w tej grupie, może przynieść długofalowe skutki. A tu potrzebujemy zmiany całego paradygmatu myślenia. Że obok naszego prywatnego interesu i wygody jest coś ważniejszego.

WWF Polska: Czy uważa Pan, że jesteśmy w stanie poradzić sobie ze śmieciami na Ziemi? Czy ludzie potrafią segregować śmieci?

Ksiazka Smieci

B.J.: Pytanie co to znaczy poradzić sobie ze śmieciami. Amerykanie przez wiele lat radzili sobie z nimi świetnie, eksportując je masowo do Chin. Aż Chiny się opamiętały i powiedziały „stop”. Nagle okazało się, że w Stanach Zjednoczonych trzeba na gwałt tworzyć cały system przetwarzania, składowania i segregacji odpadów. Można też toksyczną czy śmieciotwórczą produkcję przenosić do innego kraju, żeby nie śmiecić u siebie. To też jest sposób, ale oczywiście krótkowzroczny.
Jak na razie mam wrażenie, że potrafimy śmieci coraz lepiej składować i coraz lepiej spalać. Mamy na to coraz lepsze technologie. I w tym sensie możemy w całkiem bliskiej perspektywie poradzić sobie ze śmieciowym wyzwaniem. Budując odpowiednią liczbę spalarni i składowisk. Jednak nie da się budować tych składowisk w nieskończoność, więc idąc tą drogą skończymy jak w filmie „Wally”, przygnieceni stertami śmieci. Poza tym każdy śmieć - szklany, papierowy, plastikowy czy jakikolwiek inny, powstał przy użyciu jakiegoś naturalnego surowca. A więc każdy składowany albo spalony śmieć oznacza konieczność wyprodukowania jego następcy - i tak aż do wyczerpania naturalnych zasobów Ziemi. Więc jest to w dłuższej perspektywie droga donikąd.
Czy ludzie potrafią segregować śmieci? Nawet jeśli jeszcze nie potrafią, to można ich tego nauczyć. A jeśli nie chcą się nauczyć, można ich do tego przymusić. Państwo jako organizacja potrafi używać z powodzeniem, dla naszego wspólnego dobra, wielu mechanizmów przymusu. Uda się i tutaj. Problem z segregacją leży jednak gdzie indziej.
Kiedy idę do sklepu na zakupy i sięgam po konkretne opakowanie, wiem mniej więcej, co się z nim dalej stanie. Ale wiem, bo się o tym naczytałem. Przeciętny konsument tej wiedzy nie posiada. Jeśli opakowaniem tym jest szklana butelka, aluminiowa czy metalowa puszka - wylądują one najpewniej w hucie i dostaną nowe życie. Mogę im w tym pomóc, dokonując aktu segregacji. Jeśli sięgam po dużą butelkę z wodą mineralną albo płynem do mycia naczyń, też mam w miarę spokojne sumienie. Z dużą dozą pewności mogę założyć, że opakowania te zostaną przerobione na granulat i zrobi się z nich jakiś nowy plastik. Jednak kiedy łapię za torebkę z orzeszkami, różne saszetki, tubki, coś co nie do końca wiadomo, czym jest - sklejki papieru i plastiku, styropianowe tacki, opakowania z serem w plasterkach, mogę z góry założyć, że niezależnie od tego jaką troską je otoczę - oddzielając papier od folii, denko od pudełka, myjąc (niepotrzebnie) - trafi to wszystko najpewniej albo na składowisko, albo do pieca.

WWF Polska: Czy uważa Pan, że to na każdym z nas spoczywa odpowiedzialność za rozwiązanie tego problemu, czy powinny być odpowiednie zachęty i rozwiązania systemowe, które sprawią, że ludzie będą zobowiązani do odpowiedzialnych zachowań w tym zakresie?

B.J.: Potrzebujemy zdecydowanie rozwiązań systemowych. Mam wielki szacunek do wszelkich ruchów i inicjatyw społecznych, ale jest to, podobnie zresztą jak nasza książka, głos wołającego na puszczy. Możemy poruszać sumienia, wzruszać. Ale ostatecznie potrzebny jest kompleksowy system, i to natychmiast.
Z odpadami jest trochę jak ruchem drogowym. W sumie można by ludziom po prostu pozwolić prowadzić samochody, prosząc jedynie o to, aby byli przy tym ostrożni i unikali wypadków - szczególnie tych śmiertelnych. A jednak z jakiegoś powodu, zamiast opierać się na społecznym zaufaniu, zbudowaliśmy złożony system, który obejmuje kwalifikacje kierowców i sposób ich uzyskania, wymogi techniczne aut, zasady ruchu, sygnalizacji, praw i obowiązków uczestników ruchu, a także rejestr sankcji za ich nieprzestrzeganie. Co więcej system ten działa ku ogólnej społecznej aprobacie.
Rozwiązań systemowych wymagają co najmniej dwa aspekty związane z gospodarką odpadami. O pierwszym napomknąłem już wcześniej. Ogromna część opakowań, z których korzystamy na co dzień, nie podlega recyklingowi, mimo że są przez konsumentów poprawnie segregowane. Dzieje się tak dlatego, że lokalne systemy przetwarzania nie mają na te opakowania odpowiedniej technologii. Generalnie wszystkie małe plastiki, kombinacje różnych materiałów, foliowane papiery, cienkie torebki w najlepszym wypadku wylądują w spalarnianym piecu. Nie łudźmy się, że ktoś z recyklingu pochyli się nad naszą wyciśniętą minisaszetką po ketchupie, buteleczką po próbce szamponu czy blistrem po lekarstwach - kombinacją folii aluminiowej i plastiku. Na to dziś nie ma szans.
Jak zatem ten problem rozwiązać? Tworzyć systemy, w której nie da się legalnie wytworzyć produktu bez zagwarantowania pełnego przetworzenia i zagospodarowania opakowań i innych odpadów. Czyli doprowadzić do sytuacji, w której każdy produkt ma zaprojektowaną nie tylko drogę życia - to znaczy zaistnienia na półce i w lodówce konsumenta, ale również wizję obowiązkowej reinkarnacji - w jaki sposób wróci on w takiej czy innej formie do rzeczywistości. Dziś mamy dwa systemy - pierwszy związany z masową produkcją, który skupia się na wypchnięciu jak największej liczby produktów na rynek w wygodnych opakowaniach, które wybierze klient, i drugi - związany z ogarnianiem tego, co po tej globalnej, masowej, nieokiełznanej niczym konsumpcji zostaje.

WWF Polska: Czy ludzie mogliby mniej marnować? I wytwarzać mniej śmieci?

B.J.: I tu jest właśnie ten drugi wątek systemowy. Ludzie mogą mniej marnować i wytwarzać mniej śmieci. To oczywiste. Tak samo jak mogą mniej: pić alkoholu, palić papierosów, jeść mięsa czy siedzieć z nosem w komórce. Z naciskiem na „mogą”. Niestety, natura wyposażyła ludzi w sprytny mechanizm przetrwania, który każe nam wybierać to, co łatwe i przyjemne, a nie to, co trudne i przynoszące dyskomfort. Więc w tej kwestii nie mam zaufania do ludzi, że będą wybierać trud w imię idei. W tej kwestii nie ufam również sobie. Wierzę natomiast w sprawdzone mechanizmy rynkowe.
Podam przykład. Sam plastik jako taki nie jest zły i nie należy go demonizować. Trudno jest wyobrazić sobie życie bez plastiku. Jeśli czytelnik tego artykułu podniesie na chwilę wzrok i rozejrzy się, zobaczy wokół siebie mnóstwo plastiku. Przepraszam, nawet nie musi podnosić - przecież patrzy właśnie na przedmiot zbudowany głównie z plastiku. Więc plastik sam w sobie nie jest zły. Zła jest jednorazowość.
Idea masowej konsumpcji zabiega o to, aby maksymalnie ułatwić i uprościć zakup. A to z kolei idealnie dotyka naszych życiowych potrzeb. Nie wierzę, że my, konsumenci, zrezygnujemy sami łatwo z plastikowych toreb, poręcznych opakowań na wszelkie płyny, tacek z elegancko plastrowaną wędliną, które po zjedzeniu natychmiast lądują w koszu. I tu potrzebujemy rozwiązań systemowych. Samo proszenie o opamiętanie nie wystarczy. Ale może zadziałać, gdy dostaniemy po kieszeni.
Podzielam pogląd tych fachowców, którzy wierzą, że na kapitalistyczne mechanizmy rynkowe trzeba odpowiedzieć tą samą bronią. To znaczy pieniędzmi. Jeśli wrócę ze sklepu i zorientuje się, że komfort kupienia stu gramów sera w plastiku kosztował mnie ekstra, dajmy na to, złotówkę, za jakiś czas się opamiętam i zacznę liczyć. Poszukam sklepu, w którym sprzedają ser taniej, bo jak za komuny - do niefoliowanego papierka. A plastikową butelkę po wodzie czy szamponie, która kosztowała mnie drugą złotówkę, oddałbym a nie wyrzucał. Pytanie ile pustych butelek walałoby się po środowisku, gdyby każda była tyle warta?
Powinniśmy płacić za wygodę korzystania z plastiku. I to niemało.
 

WWF Polska: Od czego zacząć zmianę zachowań? Co jest najważniejsze?

B.J.: Od czego zacząć? Zapraszam czytelników, szczególnie dorosłych, do lektury naszej książki. To będzie naprawdę niezły początek. Ha, ha...